Liverpool – Real 4:0

Chyba można to określić jako triumf hiszpańskiej myśli trenerskiej i hiszpańskiego szkoły piłkarskiej, tyle że trudno powiedzieć nad czym. Liverpool nie pozostawił kibicom Realu żadnych złudzeń. Mimo że goście przeważali w posiadaniu piłki i niemal dorównywali LFC w liczbie strzałów, byli znacznie słabsi.

Liverpool wygrał przede wszystkim organizacją gry w obronie i w nieco mniejszym stopniu – w ataku. Każdemu fanowi z Madrytu robiło się słabo, gdy widział jakie problemy z rozegraniem piłki ma jego zespół. Szczególnie widoczne było to w pierwszej połowie, kiedy w linii z obrońcami stali Higuaín i Raúl, nieco z tyłu na bokach byli Sneijder i Robben, a będący przy piłce Gago lub Diarra nie wiedzieli, co mają z nią zrobić.

Żaden z piłkarzy Juande Ramosa nie miał też czasu na to, by choć powierzchownie zastanowić się, jak przejść na pole karne Reiny. Świetnie działał pressing drugiej linii Liverpoolu. Kiedy do przodu wybiegał np. Babel, a ze środka do boku zbiegał Gerrard, piłka z reguły trafiała do Alonso lub Mascherano. Dwaj defensywni pomocnicy byli chyba w największym stopniu sprawcami klęski mistrzów Hiszpanii i w tym meczu było dobrze widać, jakim są skarbem dla Beniteza. Ofensywni gracze Realu zbyt mało się ruszali – i to mimo że przez całą pierwszą połowę Sneijder i Robbben zmieniali się na skrzydłach.

Może to się wydać śmieszne, ale w tym meczu błyszczał Iker Casillas. Mogę sobie wyobrazić sytuację, że w bramce stoi np. Victor Valdes i że akurat ma jeden z “tych dni”, a jego zespół przegrywa 0:10. Jeden z dwóch reprezentacyjnych bramkarzy Hiszpanii na boisku wyciągnął przynajmniej 5 piłek, które potencjalnie powinny wpaść do siatki. Pepe był chyba zbyt aktywny na boku obrony i w ofensywie, bo czasem zapominał o swoich podstawowych obowiązkach. Cannavaro wypadł jeszcze gorzej, podobnie jak Sergio Ramos. Znacznie lepiej spisywał się Heinze, któremu niesłusznie sędzia De Bleeckere niesłusznie odgwizdał rękę na polu karnym.

Jak zwykle w Lidze Mistrzów, świetnie grał Gerrard, który był zwolniony z dużej części obowiązków w obronie i czasem wychodził do przodu dalej niż Torres. Wychowanek Atlético pokazał się ze świetnej strony już w pierwszym kwadransie i strzelił bramkę. W dalszym ciągu nie jestem pewien czy nie faulował w tej akcji Pepe. Potem co jakiś czas stwarzał zagrożenie pod bramką Casillasa. Świetnie spisali się też obrońcy gospodarzy, szczególnie Arbeloa. W ataku mniej widoczni niż zwykle byli skrzydłowi – ale bardzo udzielali się w defensywie.

Pierwsza bramka padła po błędzie Cannavaro, nad którym przeleciała piłka i który zostawił Pepe w walce z Kuytem i Torresem. Portugalczyk/Brazylijczyk ją przegrał, ale po tym jak Hiszpan ciągnął go za koszulkę. Druga padła po karnym za rękę Heinze, którego nie powinno być, a wykorzystał go Gerrard. Anglik strzelił tuż po przerwie 3. gola z woleja po dośrodkowaniu Babela i błędzie w ustawieniu obrony. Ostatnią bramkę strzelił Dossena po dograniu z boku Mascherano. Doszło wtedy do niemal identycznej sytuacji jak w sobotnich derbach Madrytu przy golu Forlana – środek pola karnego po kontrze był pusty, bo Pepe i Cannavaro pobiegli atakować.

Życie toczy się dalej. Real wraca do La Liga, w której wciąż/znów ma spore szanse na mistrzostwo. Liverpool wraca do Premier League, w której mało kto wierzy w jego szanse na wygranie walki o tytuł z Manchester United. No chyba że pokona ten zespół w najbliższy weekend. Nawet jeśli Real na koniec sezonu znów będzie mistrzem Hiszpanii a Liverpool znów triumfował w Lidze Mistrzów, może w tych klubach dojść do zmiany trenerów. Dziwne ale możliwe.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: