Werder – Bayer 1:4

Byli pewnie wśród fanów Werderu jacyś optymiści, którzy liczyli na przełamanie w meczu ze znacznie wyżej notowanym rywalem, a potem wspaniałą serię zwycięstw prowadzącą do utrzymania. Tacy ludzie bardzo się tym meczem zawiedli, bo jeszcze raz pokazał on to, co widać od początku sezonu. Nawet jeśli z przodu zespołowi trenera Kohfeldta zdarzają się przebłyski, „nadrabiają” je indywidualnymi błędami i rażącą nieporadnością w defensywie.

Na mecz przeciwko walczącemu o Ligę Mistrzów Bayerowi Kohfeldt posłał na boisko pięciu obrońców i jednego środkowego napastnika – syna marnotrawnego Werderu Selke, który kariery w Berlinie nie zrobił i wraca wypożyczony, by łatać dziurę po poważnej kontuzji Füllkruga, której wszyscy spodziewali się już w momencie jego transferu latem. Za jego plecami grali Rashica i Bittencourt, raczej w środku niż na skrzydłach. Do przodu wybierał się tylko jeden z bocznych obrońców – Gebre Selassie – co mocno ograniczało zagrożenie dla bramki Hradeckiego.

Gospodarze od pierwszych minut oddali pole jedenastce trenera Bosza, która grała teoretycznie bez napastnika. Na środku ataku występował Havertz i w zupełności wystarczyło to na cztery gole. Goście stwarzali zagrożenie przede wszystkim za sprawą skrzydłowych: grającego z każdym meczem lepiej Diaby’ego i debiutującego w Bundeslidze nastolatka Wirtza. Już pierwsza połowa jeszcze raz pokazała, że Gebre Sellasie w obronie spisuje się znacznie gorzej niż w ataku, a Friedl zbyt łatwo daje się ogrywać – niezależnie od tego, czy na boku czy na środku obrony. Bardzo składnie wyglądała też współpraca środka pomocy Bayeru, w którym akcje od tyłu zaczynał zwykle Aránguiz, a bardziej z przodu grali Demirbay i Amiri. Ta trójka znajdowała sobie miejsce na środku pola i umiejętnie je blokowała gdy przy piłce byli bremeńczycy.

W 27. minucie padł pierwszy gol – po wejściu prawą stroną Diaby’ego, jego centrze i główce Havertza, który jako jedyny znajdował się blisko bramki, a mimo to obrońcy Werderu zostawili go samego. Ten gol zwiastował to, co stało się dalej. Co prawda już trzy minuty później Gebre Selassie strzelił dość przypadkową bramkę po rzucie rożnym i w tej sytuacji nie popisała się obrona gości, ale już w 33. minucie było 1:2 – po centrze z wolnego i kolejnej główce Havertza. W 39. powinno być 2:2, ale piękne podanie Veljkovicia fatalnie zmarnował Bittencourt.

Druga połowę Werder dobrze tylko zaczął. Bayer szybko odzyskał inicjatywę i w 61. minucie podwyższył prowadzenie na 1:3 – jeszcze raz po centrze, główce i ospałej reakcji obrońców gospodarzy. W tej sytuacji Kohfeldt nie miał innego pomysłu jak wprowadzanie kolejnych ofensywnych graczy. Weszli: Johannes Eggestein, Sargent, Osako, Woltemade. Gospodarzom z czterema napastnikami na boisku momentami udawało się uzyskać przewagę, ale nie zrobili niczego, co zaskoczyłoby broniących wyniku gości. W 78. minucie gola na 1:4 strzelił Demirbay, po pięknym prostopadłym podaniu rezerwowego Bellarabiego.

Przyszłość Werderu wygląda posępnie. Spadek do drugiej ligi, akurat po sezonie, w którym wszystkie kluby odczują spadek przychodów, będzie wymagał jeszcze większego ograniczenia wydatków. Odejdą gracze, którzy mieli nawet w tym sezonie przebłyski dobrej gry i muszą odejść, by ratować swoje kariery: Rashica, Pavlenka, Maximilian Eggestein, Klassen i Augustinsson. Niestety, ludzie zarządzający klubem niczego nie nauczyli się na wcześniejszych błędach – po raz kolejny „ratownik” po udanym pierwszym sezonie notuje kolejny katastrofalny – i będzie musiał odejść, tak jak wcześniej Skripnik czy Nouri. Podobny los może czekać także Franka Baumanna, bo transfery w tym sezonie były wyjątkowo nieudane, a na boisku pojawiała się często przypadkowa jedenastka, zamiast planowanej przed sezonem.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: