Liverpool – Atlético 2:3

Liverpool strzelał na bramkę Oblaka 50 razy, trafił 34 razy, strzelił tylko dwie bramki. Słoweński brakarz jeszcze raz był bohaterem swojego zespołu, ale tytuł gracza meczu skradł mu rezerwowy Llorente, który w dogrywce zdobył dwa gole, z mała pomocą bramkarza i obrońców gospodarzy. To był jeden z dziwniejszych meczów w tym sezonie i jeden z najgorszych w karierze trenera Kloppa.

Wnioski po ostatnim gwizdku można podsumować tak, że magia Liverpoolu przestała działać. Drużyna krocząca w Premier League pewnie do mistrzostwa, w 1/8 finału LM przeważała przez niemal cały mecz, tworzyła sytuacje bramkowe, ale nie była w stanie ich wykorzystać. Nawet świetny Oblak nie byłby w stanie zatrzymać Salaha, Mané i Firmino w formie z października czy listopada. Tym razem jednak magiczna trójka marnowała świetne, wypracowane w pocie czoła, okazje, strzelając w środek bramki lub obok niej.

Atlético powinno się wstydzić za własną grę przez długą część meczu. Z wyjątkiem piętnastu minut w drugiej połowie była to obrona wszystkimi siłami i próby jak najprostszego rozegrania kontry, nie licujące z możliwościami graczy tego zespołu. Przez długi czas nie dawały zresztą wiele, bo Diego Costa w obecnej formie nie był w stanie nikogo okiwać, prześcignąć ani nawet przepchnąć. Z kolei João Félix samotnie nie był w stanie poradzić sobie z przeciwnikami, którzy od początku do końca grali bardzo agresywnym pressingiem. W akcjach ofensywnych od czasu do czasu pomagali mu tylko Correa i Saúl.

Liverpool grał po swojemu – szybko i z pomysłem, z tym że brakowało błyskawicznych przerzutów z drugiej linii do napastników – co za sukces może uznać Simeone i jego obrońcy. W ataku trójka Salah-Firmino-Mané bez większych problemów ogrywała gości, ale nie wykorzystywała sytuacji strzeleckich. Na przerwę Liverpool schodził prowadząc 1:0 i wyrównując straty z pierwszego meczu. Gola strzelił głową Wijnaldum po centrze z prawej Oxlade-Chamberlaina, którego nie upilnowali Lodi i Saúl.

W drugiej połowie nie zmieniło się wiele. Strzał za strzałem parował Oblak a jego koledzy z obrony najczęściej wybijali piłkę na oślep. Po jednej okazji strzeleckiej mieli Félix i Correa i nie zmieniło zbyt wiele wejście na boisko Llorente, który grał na prawej pomocy, pozwalając Argentyńczykowi przejść do ataku. Raz w poprzeczkę trafił Robertson, ale z każdą minutą było widać, że czeka nas dogrywka. Gdy się rozpoczęła, szybko na 2:0 podwyższył Firmino, wykorzystując centrę z prawej strony Wijnalduma i brak zdecydowania środkowych obrońców.

Zaledwie dwie minuty później zaczęła się tragedia gospodarzy. Adrian wybił piłkę z bramki wprost pod nogi Feliksa, który szybko odegrał do Llorente, a były gracz Realu pewnie strzelił w długi róg, jakby był na treningu. To samo zrobił 10 minut później, gdy z prawej strony podał mu Morata, a środkowi obrońcy gospodarzy zbyt długo zwlekali z interwencją. Już w tym momencie było wiadomo, że do ćwierćfinału awansują goście, a przypieczętował to po kontrze Morata, który pewnie wygrał pojedynek ze swoim rodakiem.

W deszczowy wieczór spośród 52 tysięcy widzów tylko 3 tysiące fanów Atlético było zadowolonych. Ten zapewne ostatni na kilka tygodni mecz z kibicami fani Liverpoolu zapamiętają długo jako gorzkie preludium do świętowania mistrzostwa. Najwyraźniej w Premier League nie można mieść wszystkiego i fenomenalna ligowa seria graczy Kloppa kosztowała ich zbyt wiele sił. Bohaterowie są po prostu zmęczeni. Swój dzień triumfu miał za to Simeone, który z będącym wciąż w przebudowie i grającym poniżej oczekiwań zespołem pokonał faworyta i mógł cieszyć się jak dziecko na murawie Anfield.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: