Chelsea – Liverpool 2:0

Mimo bardziej niż bezpiecznej przewagi w lidze, trener Klopp zdecydował się w tym meczu wystawić aż pięciu graczy spoza podstawowego składu. Nie wiadomo, czy zmieniło to wiele, ale wiadomo, że jego zespół przegrał trzeci z rzędu mecz wyjazdowy – po Lidze Mistrzów z Atlético i Premier League z Watfordem. Odpadł tym samym z rozgrywek może niezbyt ważnych, ale które mogły powiększyć zdobycze Liverpoolu w tym sezonie.

Porażka na terenie Chelsea była zresztą zupełnie zasłużona. Zespół Kloppa wypracował sobie kilka niezłych okazji bramkowych, ale przede wszystkim brakowało mu błyskawicznych zmian tempa i przenoszenia akcji ze środka pola na pole karne przeciwnika – w czym zwykle świetni są: Alexander-Arnold, Robertson, Henderson, Wijnaldum, Mané, Firmino i Salah. Z ich wszystkich w podstawowym składzie przeciwko Chelsea wyszli tylko Robertson i Mané i zdecydowanie zabrakło im wyższego poziomu zgrania z z rezerwowymi zwykle kolegami. Origi po lewej stronie kiepsko znajdował sobie miejsce bez piłki, a z nią przy nodze był zbyt wolny i nieudolny w dryblingach. Minamino, szykowany przez Kloppa na zastępce Firmino, był raczej niewidoczny i nie potrafił zagrywać kluczowych piłek, jak to zwykle robi Brazylijczyk.

Trener Lampard wystawił do gry tylko jednego niedoświadczonego gracza – ale na kluczowej pozycji. Jako jedyny defensywny pomocnik zagrał 18-letni zaledwie Gilmour – i świetnie wywiązał się ze swojej roli. Kiedy trzeba było, asekurował, odbierał piłkę, ale był tez bardzo mobilny i dobrze rozpoczynał akcje. Zapewne nie poszło by mu tak łatwo, gdyby pomoc przeciwnika grała w najsilniejszym ustawieniu, alei tak rooty nie miał łatwej – Barkley angażował się przede wszystkim w ofensywę a bardziej defensywny Kovacić jeszcze przed przerwą musiał zejść z boiska z kontuzją i zastąpił go niezbyt dobry w obronie Mount. W akcjach ofensywnych Chelsea wyróżniał się Pedro, który często wybiegał do kontry, ale swoich okazji nie wykorzystał. Willian może nie błyszczał, ale i tak miał wielki wpływ n zwycięstwo.

Mecz zaczął się od dwóch fatalnych błędów środkowych obrońców Chelsea. Najpierw Rüdiger potem Zouma dosłownie podawali piłkę przeciwnikom, którzy jednak nie wykorzystali swoich szans. W 13. minucie pierwszą bramkę strzelił Willian – po niefrasobliwym rozgrywaniu piłki przed bramką Liverpoolu i stracie Fabinho. Strzał z 16. metrów powinien był obronić Adrian, ale zamiast poza boisko, wybił piłkę do własnej bramki. W 21. minucie Liverpool zrobił w polu karnym Kepy konkretnie zamieszanie, ale hiszpański bramkarz trzy raz z rzędu broni strzały z bliskiej odległości. Jeszcze dwa miesiące temu z tych sytuacji z pewnością padłyby bramki. Chelsea broniła się blisko własnego pola karnego i kontrowała. W środku pola podania rozdzielał Barkley, który wcielił się w rolę Jorginho.

W drugiej połowie z kontuzją musiał zejść także Willian, którego zastąpił własnie brazylijski rozgrywający. Ta zmiana była kluczowa dla drugiego gola, bo po przejęciu piłki na własnej połowie Barkley pobiegł z nią środkiem pola aż przed karne i pewnie strzelił obok Adriana, w czym niespecjalnie przeszkadzali mu Fabinho i Gomez. W drugiej połowie gospodarze mieli jeszcze kilka innych okazji do kontr, ale ich nie wykorzystali. Najlepszą zmarnował w 67. minucie Pedro, który jako kolejny przebiegł z piłką pół boiska, ale strzelił w bramkarza Liverpoolu.

Po tym meczu Klopp musi się poważnie zastanowić, co zrobić by zatrzymać kryzys. Co wymyśli, zobaczymy w sobotę, kiedy jego zespół zagra u siebie z walczącym o utrzymanie Bournemouth. Potem czeka go znacznie poważniejszy sprawdzian – rewanż w Lidze Mistrzów z murarzami z Madrytu. Chelsea po blamażu u siebie z Bayernem nie ma szans na awans d kolejnej rundy LM i musi się skoncentrować na ligowych meczach przeciwko Evertonowi i Aston Villi – by walczyć o czwarte miejsce.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: