Liverpool – Manchester City 3:1

Lider Premier League pewnie wygrał z obrońcą tytułu i powiększył przewagę nad nim do dziewięciu punktów. Zdecydowała kliniczna precyzja Liverpoolu z przodu i niepewna postawa obrony gości. Nie pomogło im także dość nietypowe ustawienie zastosowane przez trenera Guardiolę. Gospodarze byli skuteczni, zdecydowani w obronie i nie dali przeciwnikom szans w tym pięknym meczu.

Wielką niespodzianką w ustawieniu MC było to, że Kevin de Bruyne grał niemal na równej wysokości z teoretycznie jedynym napastnikiem w składzie, Agüero. Sterling i Bernardo Silva za to byli nieco bardziej cofnięci w porównaniu ze swoimi standardowymi pozycjami w 4-3-3 stosowanym zwykle przez Guardiolę. Na środku obrony po raz kolejny zagrał Fernandinho – pod nieobecność Laporte’a i najwyraźniej słabej formie Otamendiego, którego trener posadził na ławce. Brakowało też kontuzjowanego Edersona w bramce. W składzie gospodarzy nie było niespodzianek – chyba że za taką uznać można to, że na środku obrony grał Lovren.

Pierwsza połowa rozpoczęła się wyjątkowo intensywnie. Piłkę przy nodze mieli przede wszystkim goście i kilka razy odzyskiwali ją dzięki wysokiemu pressingowi. Gola strzelił jednak Liverpool – i to bardzo szybko. W 6. minucie Fabinho uderzył nie do obrony z 25. metrów prosto w krótki róg po zbyt krótkim wybiciu Gündoğana. Po bramce przewagę znów mieli goście i po dwóch rzutach wolnych ich gracze byli naprawdę blisko piłki – ale się z nią minęli. W 13. minucie Liverpool podwyższył prowadzenie po pięknej centrze Robertsona z lewej stronie i trudnym strzale głową w długi róg.

Przy własnym prowadzeniu Liverpool nadal grał cofnięty i bez wysokiego pressingu. Po przejęciu piłki zadaniem graczy Kloppa było jak najszybsze ogranie pressingu gości i dostarczenie piłki do jednego z trzech napastników – lub Robertsona, jeśli zdążył dobiec na ofensywną pozycję. Udawało się to im dość często i owocowało to kilkoma innymi niebezpiecznymi sytuacjami. MC z kolei przeważał w posiadaniu piłki – miał go z każdą minutą coraz więcej. Trudniej było z dotarciem z podaniami do półtora napastnika z przodu. De Bruyne często był przy piłce – ale z reguły daleko od bramki, szczególnie w drugiej połowie, gdy przeniósł się na skrzydło. Przy próbach kontr z przodu byli tylko dwaj gracze – i to niscy, ktory nie byli w stanie wywalczyć pojedynków główkowych ze środkowymi obrońcami LFC.

Druga połowa znów zaczęła się od przewagi MC i znów po sześciu minutach gola strzelili gospodarze. Tym razem z prawej strony przy końcowej linii pięknie zacentrował Henderson a w polu karnym trzech obrońców gości zapomniało o Mané, który na długim słupku spokojnie głowa wpakował piłkę do bramki. Po tej bramce goście przejęli niemal zupełną kontrolę nad meczem i próbowali częściej niż w pierwszej połowie grać skrzydłami. Guardiola dość późno posłał na boisko Jesusa – ale za Agüero. Jego drużyna strzeliła tylko jednego gola – w 78. minucie, kiedy Bernardo Silva pięknie uderzył w krótki róg po tym, jak zaspali Robertson i Alisson. MC grał wtedy już w ustawieniu 4-4-2. Co prawda goście stworzyli jeszcze kilka sytuacji bramkowych, ale żadna z nich nie była stuprocentowa. Mieli trochę pecha, bo przez cały mecz sędzia mógł trzy raz odgwizdać rękę w polu karnym gospodarzy – i ani razu tego nie zrobił.

Poza środkowymi obrońcami, cały zespół z Manchesteru zagrał przynajmniej dobrze, a Rodri – wręcz znakomicie. W zespole gospodarzy trudno wskazać najlepszego gracza – bo wszyscy grali świetnie i realizowali jeden plan. Oczywiście, gdyby napastnicy nie wykorzystali niemal każdej ze swoich okazji, zwycięstwo nie przyszłoby Kloppowi tak łatwo. Do końca sezonu co prawda jeszcze pół roku, ale najpewniejszy scenariusz wygląda teraz tak, że MC skoncentruje się na lidze Mistrzów.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: