Liverpool – Barcelona 4:0

To będzie dla fanów Liverpoolu jeden z najpiękniejszych wieczorów w ich życiu. Z pewnością zasłużony – zarówno przez piłkarzy jak i trenera, który wyciągnął tyle, ile tylko można było ze składu, w którym brakowało kontuzjowanych Salaha i Firmino a na ławce zasiadło trzech nastolatków. Dla Barcelony to najbardziej bolesna od wielu lat porażka – także w konsekwencji kilku niewykorzystanych okazji bramkowych. Pozycją trenera Valverde raczej nie zachwieje, ale przypomina o tym, że nie ma niezwyciężonych zespołów.

Obie ekipy wyszły na mecz w ustawieniu 4-3-3, z jednym wybitnie defensywnym pomocnikiem i jednym środkowym napastnikiem. To jednak Liverpool od początku przeważał i już w pierwszej minucie przeprowadził niebezpieczną dla bramki Ter Stegena akcję. Na środku ataku Firmino zastąpił Origi, który w tym sezonie zagrał tylko 18 meczów, a na prawym skrzydle zamiast Salaha wystąpił Shaqiri. Barcelona zagrała tym samym ustawieniem, którym pokonała u siebie LFC 3:0 – z doświadczonym Vidalem zamiast grającego więcej w tym sezonie Arthura.

Gospodarze wyszli na prowadzenie już w 7. minucie. Alba nierozważnie wycofał „na ślepo” piłkę, gdzie przejął ją Mané, zgrał do środka do Hendersona, a jego nieudany strzał dobił Origi. Gol był w dużej części zasługą instrukcji Kloppa dla kapitana Liverpoolu – Henderson wyraźnie przez całą pierwszą połowę szukał luki w pomocy gości. W kolejnym kwadransie zespół Valverde się przebudził i wykreował sobie dwie świetne okazje do strzału. Bramkom zapobiegły jednak interwencje Alissona – i dość nieudolne strzały. Liverpool grał do przodu zdecydowanie i bezpośrednio a dużą rolę w tym odgrywał Mané, angażujący się w każdą akcję, oraz boczni obrońcy. Słabo w całym meczu wypadł Shaqiri, zbyt często gubiący piłkę i niedokładny. Był jedynym słabszym ogniwem zespołu. W drużynie Barcelony słabo grał Coutinho – i po przerwie został zmieniony. Niewidoczny był Suárez a Alba po przerwie zaliczył drugą wpadkę prowadzącą do gola.

Na drugą połowę nie wyszedł Robertson, który jeszcze przed przerwa doznał kontuzji. Zastąpił go Wijnaldum a Milner cofnął się na lewą obronę. Holenderski rezerwowy dał swoim kibicom kolejny powód do radości w 54. minucie, kiedy piłkę stracił Alba a zacentrował Alexander-Arnold. Zaledwie po dwóch minutach strzelił też gola na 3:0 – wykorzystując centrę z lewej Shaqiriego i błąd w ustawieniu Pique i Lengleta. Barcelona wyglądała na znokautowaną. Valverde zmienił Coutinho na Semedo a Vidala na Artura o jego zespół coraz częściej był w posiadaniu piłki. Alisson jeszcze przynajmniej raz uchronił gospodarzy przed stratą gola, ale na pochwały zasługują także obrońcy i pomocnicy, w tym Fabinho, który grał z żółtą kartką i nie bał się odbierać piłki Messiemu.

Przy czwartej bramce, która padła w 79. minucie, kosmiczną asystę zaliczył Alexander-Arnold, który przy wybijaniu rzutu rożnego najpierw się cofnął, a potem, widząc że obrońcy i bramkarz niechlujnie się ustawili, błyskawicznie kopnął do Origiego na pole karne. Ten bez problemu strzelił do siatki, mimo że piłka nie była łatwa. Przez ostatnie piętnaście minut kilka razy wydawało się, że Barcelona w końcu wykreuje Messiemu jedną stuprocentową okazję – goście grali długo piłką, ale w ostatniej chwili zawsze interweniował któryś z graczy Kloppa. Po końcowym gwizdku trener gospodarzy wyjątkowo spokojnie podał rękę Valverde – zamiast swoim zwyczajem biegać i skakać.

To nie był przypadek ani cud. Barcelona zagrała słaby mecz i nie zdołała tym razem strzelić ani jednej bramki – co w tym sezonie tak często potrafiła robić nawet grając źle. Na brawa zasłużył cały zespół Liverpoolu, który miał wielu liderów: Van Dijka w obronie, Wijnalduma w pomocy i Mané w ataku – a poza nimi dziesięciu innych graczy, którzy idealnie wywiązali się ze swoich obowiązków. Niezależnie od tego, czy w finale zmierzy się z Ajaksem czy Tottenhamem, drużyna Kloppa w finale będzie faworytem.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: