Borussia – Werder 2:1 (na stadionie)

Pierwszy raz od ponad roku wybrałem się na mecz na stadion – i to do innego miasta. W związku z tym nieco mniej niż zwykle o samym meczu, więcej o jego okolicznościach. Kosztowało mnie to sporo czasu i pieniędzy. Temperatura – jak na grudzień przystało – była niska, a poza tym kilka innych rzeczy sprawiło, że w przyszłości dwa razy zastanowię się przed taką wyprawą. Cóż, żadna tajemnica, po prostu robię się stary i wygodny.

Na początek trochę o samym meczu. Borussia w lidze jeszcze nie przegrała i zwycięstwo dawało jej tytuł mistrza jesieni. Ostatnio wygrała na wyjeździe derby z Schalke i mało znaczący mecz z grającym katastrofalnie Monaco, więc Werder nie mógł się spodziewać łatwego meczu. Bremeńczycy co prawda wygrali tydzień temu z zamykającą tabele Fortuną, ale wcześniej byli bez zwycięstwa w pięciu ligowych meczach.

Trener gości tym razem nie zmienił ustawienia, wstawił tylko do pierwszego składu Moisandera, który tydzień temu był zawieszony, Harnika i Şahina. Werder grał więc z przodu teoretycznie dwoma napastnikami, z tym że Rashica i Harnik obaj tak naprawdę są ofensywnymi pomocnikami. Nieco cofnięty był Kruse, który miał pomagać w rozgrywaniu piłki i zaliczać kluczowe podania. Borussia grała swoim 4-2-3-1, z trójką bardzo młodych obrońców z tyłu i Alcácerem, tym razem w wyjściowym składzie.

Werder zaczął obiecująco, był w stanie długo utrzymać piłkę, rozsądnie ją rozgrywał. Kiedy jednak już ją tracił, gospodarze byli w ciągu trzech-czterech podań i 10 sekund zupełnie ogrywać obronę gości i tworzyć sobie stuprocentowe okazje bramkowe. Już przy pierwszej piłka zmierzała do bramki, ale desperackim wślizgiem wybił ją Klaasen – który przypłacił to kontuzją kolana. Bramki, których można się było spodziewać wcześniej, padły dopiero w 20. i 27. minucie. Najpierw po rzucie wolnym strzelił głową Alcácer, potem z 15 metrów w długi róg Reus, do którego po kontrze bardzo ładnie wycofał piłkę Sancho. Dość niespodziewanie, w 35. minucie gola na 2:1 strzelił Kruse, który pięknie uderzył z 18 metrów w okno, po podaniu Augustinssona.

Po przerwie Werder nadal był w stanie długo trzymać piłkę i rozgrywać akcje od lewej do prawej linii, z dużym udziałem swoich bocznych obrońców. Nie udawało mu się za to tworzyć okazji bramkowych, bo obrona gospodarzy grała pewnie a z przodu brakowało adresata centr, np. emeryta Pizarro. Trener Kohfeld w końcu wprowadził na boisko dwóch nowych napastników: Osako i Sargenta, ale ceną za to był brak płynnej gry w pomocy. Poza tym goście wielokrotnie narażali się na kontry – i gdyby nie świetna, po raz kolejny, gra Pavlenki i brak koncentracji piłkarzy BVB, mogli przegrać 1:4 albo 1:5. To była gorsza strona tego, że Gebre Selassie i Augustinsson biegali do przodu z każdą akcją ofensywną a z tyłu zostawali tylko wolni, nawet jak na środkowych obrońców, Moisander i Langkamp. Gdyby Werder miał jeszcze więcej szczęścia, mógłby zremisować. Ale i tak wynik 1:2 był lepszy niż gra, biorąc pod uwagę klasę przeciwników.

Świąteczne jarmarki i nuda w Dortmundzie

Tyle na temat samego meczu. Do Dortmundu jechałem z Berlina pociągiem o 10:50, który na miejscu był krótko po 14. Pierwszy powrotny, na który byłem w stanie zdążyć po meczu, jechał po północy i zdecydowałem się na niego, zamiast nocować w Dortmundzie. Od razu mogę powiedzieć, że to była dobra decyzja. Do dzisiaj widać, że jak większość przemysłowych miast w Niemczech, to zostało ponad pół wieku temu zrównane z ziemią a to, co wybudowano na ruinach, nie zasługuje na oglądanie. Centrum Dortmundu ciągnie się wokół jednej handlowej ulicy, która po obu stronach ma rzędy niepasujących do siebie budynków, każdy z innej bajki. Na kilku placach jarmarki świąteczne – czyli sprzedawanie lokalsom i kibicom grzanego wina, słodkości i jedynego specjału, który mógł uchodzić za lokalny – Westfälischer Grillschinken – po 5 Euro za bułkę.

Może gdybym pojechał do Dortmundu latem, miałbym lepsze wspomnienia z tego miasta. Wtedy pewnie zostałbym na niedzielę, żeby zobaczyć Westfalskie Muzeum Przemysłu w starej kopalni, ale w grudniu te trzy godziny spędzone na włóczeniu się po centrum Dortmundu były po prostu straconym czasem. W Niemczech jest pewnie przynajmniej trzydzieści innych miast bardziej wartych zobaczenia. W okolice stadionu pojechałem metrem i nie mogłem nie zwrócić uwagi na grupki 13-15-letnich i zupełnie pijanych dzieci w pociągu i na przystankach. „Pato” w pełnym rozkwicie.

Przed meczem: piwo i muzeum klubowe

Już dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem przed stadionem były tysiące ludzi rozmawiających i pijących piwo. Jak w innych niemieckich miastach, w których oglądałem mecze, budujące było to, że nawet na sektor gospodarzy można bezpiecznie wejść w szaliku gości. Nie mówiąc o tysiącach ludzi, którzy przyjechali do Dortmundu z Bremy i innych miast i nie mieli prawa nie czuć się bezpiecznie – tym bardziej, że zawsze porządku pilnują policjanci na koniach i spieszeni, w pełnym rynsztunku. Ja czas wykorzystałem na obejrzenie niezbyt imponującego muzeum klubowego, w którym jednak dowiedziałem się na przykład, że pierwsze koszulki Borussii były w niebiesko-białe pasy z czerwoną szarfą, mającą symbolizować ruch robotniczy albo że nazwa wywodzi się od… marki piwa, które podawano w gospodzie, w której założono klub. Zobaczyłem też międzywojenną okładkę „Kickera”, który bardziej przypominał „Stürmera”:

Okładka "Kickera" z 1936 roku

i jak reklamowano w międzywojniu buty piłkarskie, swoją drogą nazwane „Scrum” – słowem kojarzącym sie każdej osobie pracującej w IT z czymś zupełnie innym niż piłka nożna czy rugby:

Reklama butów piłkarskich "scrum" z 1918

Na stadionie: konsumpcyjne szaleństwo i piwo na głowie

O samym stadionie trudno powiedzieć coś innego, niż że robi ogromne wrażenie. Siedziałem na sektorze nr. 58, a więc w kącie trybuny północno-wschodniej. Widok był i tak całkiem dobry, szczególnie że od płyty boiska dzieliło mnie dobre 50 metrów. W oglądaniu niestety bardzo psuły chmary ludzi stale opuszczających swoje miejsca i wracających na nie z piwem i hot-dogami. Nie przestawali ani na chwile, nieważne, czy była 10. czy 70. minuta. Smutna refleksja: wygląda na to, że nowoczesny kibic po prostu nie jest w stanie odmówić sobie dodatkowej porcji kalorii i etanolu, nawet kosztem widowiska, za które zapłacił kilkadziesiąt euro.

Westfalenstadion ("Signal Iduna Park") podczas meczu z Werderem 15.12.2018

Oczywiście nie sposób było nie poczuć atmosfery na stadionie wypełnionym 81 tysiącami ludzi, nawet jeżeli przez większość czasu wcale nie śpiewali. Tego nie można też przeoczyć w całym mieście – Borussia jest religią, która jednoczy mieszkańców miasta i odgradza ich np. od fanów Schalke czy VfL Bochum. Złośliwi mogą dodać, że w tym mieście nie mają zbyt wielkiego wyboru, czym się zajmować w wolnym czasie.

Na koniec meczu wydarzyło się coś, co zdecydowanie popsuło mi wrażenia – gdy w doliczonym Dortmund strzelił trzecią bramkę (później słusznie anulowaną ze względu na spalonego), ktoś z tyłu rzucił plastikowy kubek z piwem, który wylądował na mojej głowie i oblał nie tylko mnie, ale też kilku sąsiadów. Parę razu zdarzyło mi się coś takiego widzieć na koncertach czy meczach, ale… nie poczułem się przez to lepiej i jestem ciekawe, co klub odpowie na mojego maila w tej sprawie. Po ostatnim gwizdku nie pozostało nic innego, jak odstać pół godziny w kolejce do metra i wrócić do centrum miasta, w którym zjadłem kolację i potem spędziłem jeszcze dwie godziny na dworcu, czekając na pociąg.

W Niemczech, jadąc w weekend pociągiem, na każdym większym dworcu można zobaczyć kibiców. Najczęściej gromadzą się właśnie tam w większych grupach, rozmawiając, śpiewając głupie piosenki i wlewając w siebie kolejne puszki/butelki piwa. Niby nic dziwnego – to samo widziałem w Wielkiej Brytanii, Czechach, Hiszpanii i Polsce, szczególnie przez wiele sezonów chodzenia na mecze krakowskiej Wisły. Dortmund nie był pod tym względem wyjątkiem – raczej rozmiary i intensywność tego zjawiska przeszły wszystko, co widziałem wcześniej. W okolicach północy dworzec był pełen nie tyle podpitych, co zataczających się zombiaków wracających do innych miast w Ruhrpottcie lub jeszcze dalej.

Deutsche Bahn mistrzem w opóźnieniach

Niestety, miałem sporo czasu na kontemplowanie ich zachowań, bo pociąg z niedaleka, bo z Düsseldorfu, miał się spóźnić najpierw o 10, potem o 20, potem o 30, a ostatecznie przyjechał 40 minut po czasie. Nie to, że stało się to po raz pierwszy, bo wbrew polskim stereotypom, pociągi Deutsche Bahn spóźniają się bardzo często, ale stojąc na zimnym peronie byłem po prostu wściekły. Mogłem pocieszać się tym, że wszystkie inne pociągi pokazywane na tablicy miały spóźnienia, a podróżni z Monachium przyjechali do Dortmundu całe dwie godziny później, niż oczekiwali. Co z tego, że pociągi ICE są „suberszybkie”, skoro spóźniają się aż tak bardzo, a bilety nie są tanie (ja za swoje zapłaciłem promocyjne 100 Euro).

Mam nadzieję, że za pół roku będę tę wyjazd wspominał lepiej. Jak na razie, pamiętam przede wszystkim piosenkę, którą z upodobaniem śpiewali kibice w metrze BVB, mający historyczną „zgodę” z HSV:

Alle Bremer stinken,
alle Bremer stinken,
weil sie aus der Weser trinken!

Na szczęście, słyszałem już na stadionach gorsze rzeczy :).

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: