Arsenal – Everton 5:1

Po tym meczu tematem numer jeden będzie to, że zimowe zakupy w drużynie Wengera wypaliły. Mkhitarian zaliczył trzy asysty a Aubameyang strzelił gola w debiucie. Nie brakowało Sáncheza, bo bardzo dobry mecz rozegrał Iwobi. To podsumowanie i wynik fani Arsenalu zawdzięczają jednak w dużej części Evertonowi, którego obrońcy i defensywni pomocnicy zagrali tragicznie, zapraszając gospodarzy do strzelania kolejnych bramek.

Pierwsza padła już w szóstej minucie – Aubameyang ładnie zgrał na prawo, skąd zacentrował Mkhitarian, a w środku z bliska strzelił Ramsey, którego Mangala zostawił bez opieki. Kolejne gole ustawiły mecz już po 20 minutach: Najpierw Koscielny strzelił głową po rzucie rożnym i przedłużeniu Mustafiego, potem Ramsey miał bardzo dużo wolnego miejsca przed polem karnym i uderzył, po czym piłkę odbił jeszcze Mangala, uniemożliwiając Pickfordowi obronę. Drugą bramkę zawalili Williams i Mangala, trzecią – Gueye i Schneiderlin, którzy obaj byli w polu karnym.

Pierwszy mecz był więc wyjątkowo nieudany dla Mangali wypożyczonego z Manchesteru City, ale wszyscy defensywni gracze Evertonu nie byli w stanie sobie poradzić z szybkimi atakami Arsenalu. Pod koniec pierwszej połowy przewaga gospodarzy była ogromna, a goście zupełnie się pogubili, stwarzając przeciwnikom kolejne sytuacje. Arsenal wykorzystał tylko jedną z nich – w 37. Aubameyang wykorzystał prostopadłe podanie Mkhitariana – a sędzie gola uznał mimo że był spalony. W pierwszej połowie Everton stworzył sobie tylko jedną dobrą sytuację – po kontrze Walcotta w ostatniej chwili zablokował Mustafi.

Po przerwie Allardyce zareagował zmieniając ustawienie z 3-4-3 na 4-2-3-1 i Keane’a na Daviesa. Ten rozruszał nieco swój zespół i przechodziło przez niego większość akcji ofensywnych Evertonu. Goście po przerwie byli w stanie dłużej utrzymać się przy piłce i kilka razy dochodzić na pole karne Arsenalu, ale zawdzięczali to także rozluźnieniu w szeregach przeciwników. Konsekwencją był w 52. minucie strzał Niasse’a w słupek, a potem w 64. gol Calverta-Lewina. Arsenal po przerwie musiał zmienić kontuzjowanych Monreala i Čecha i był raczej bierny, ale nie stracił kolejnych bramek i strzelił jedną w 74. minucie – po kolejnym błędzie defensywnych pomocników i strzale Ramseya.

Świetny debiut Walcotta dał fanom Evertonu sporo nadziei, ale w tym meczu z dużo silniejszym przeciwnikiem marzenia zderzyły się z rzeczywistością. Everton nie był w stanie przejąć inicjatywy, popełniał masę błędów w obronie – zarówno drużynowych jak i indywidualnych. Wina za to spadnie przede wszystkim na Allardyce’a, który na ławce na ten mecz posadził między innymi: Rooneya, Sigurðssona, Tosuna, Calvert-Lewina. Z takim składem wynik tego meczu powinien być lepszy niż 1:5 a pozycja w tabeli wyższa niż 10. Jeśli wydane pieniądze nie zaczną się przekładać na wyniki, Allardyce nie przetrwa na stanowisku. Właściciele klubu już teraz są pewnie wściekli, podliczając wydatki jeszcze za Koemana.

Fani Arsenalu mogą być zadowoleni ze sposobu gry, wyniku i formy nowych graczy. Szóste miejsce w tabeli na pewno ich nie satysfakcjonuje, ale już za tydzień mecz z Tottenhamem. Jeśli go wygrają, ich humory jeszcze bardziej się poprawią.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: