Manchester City – Tottenham 4:1

Po wygranej u siebie z kolejnym zespołem z czołówki, gospodarze zwiększyli swoją przewagę i podbili rekord wygranych z rzędu do 16. Tottenham spadł na siódme miejsce i żeby wrócić do pierwszej czwórki, będzie musiał sam grać lepiej, a poza tym czekać na kryzys w Arsenalu, Liverpoolu i Burnley. Co do tego, że City wygra, nie było większych wątpliwości od początku do końca.

W zespole gospodarzy zabrakło „z powodów osobistych” Davida Silvy, który był kluczowym graczem od początku sezonu. Zastąpił go Gündogan. Byłem ciekawy, jak drużyna Guardioli poradzi sobie bez swojego kapitana – i ten test wypadł dla niej pomyślnie. Reprezentant Niemiec, mimo że grał nieco bardziej cofnięty, strzelił gola i zaliczył asystę. Mauricio Pochettino zdecydował się na grę dwoma napastnikami, dając od początku szansę będącemu w świetnej formie Sonowi. Argentyński trener oddał za to skrzydła, na których teoretycznie do przodu mieli wychodzić Trippier i Rose, ale wobec stałej presji Sané i Sterlinga, koncentrowali się przede wszystkim na obronie.

Właśnie dlatego Sonowi i Kane’owi przez cały mecz brakowało dobrych podań. Dostawali takie niemal wyłącznie od Eriksena, który grał dobrze i kiedy już miał piłkę, robił z niej pożytek. Jego partnerzy w drugiej linii: Winks i Dembélé odzyskiwali jednak zbyt mało piłek i w ten sposób Tottenham przegrywał walkę w środku pola. Dele Alli, który był w rewelacyjnej formie przez cały poprzedni sezon, ostatnio gra znacznie gorzej i w tym meczu po prostu nie było go widać. Bardzo możliwe, że w najbliższym czasie będzie musiał po prostu usiąść na ławce.

Prawdziwym kluczem do zwycięstwa był dla gospodarzy De Bruyne, który w wieku 26 jest najwyraźniej najlepszym playmakerem w Europie. Za fantastyczny przegląd pola i podanie nie oddaje bynajmniej innych umiejętności pomocnika: gry bez piłki, dryblingu, strzału, odbioru. Belg przez cały mecz bez wysiłku mijał przeciwników w środku pola lub – w razie potrzeby – rozrzucał grę do Sané i Sterlinga. Niby De Bruyne miał dużą swobodę taktyczną – czasem pojawiał się zaraz za napastnikiem, czasem na bokach – ale nigdy nie brakowało go w obronie, gdzie asekurowali go Gündogan i Fernandinho.

Jedyna w pierwszej połowie bramka padła w 14. minucie. Z rzutu rożnego na 8. metr zagrał Sané, a Gündogan w odpowiednim momencie pojawił się tam i, nie pilnowany, strzelił głową nie do obrony. Do przerwy gospodarze kontrolowali grę i kontrowali, kiedy była okazja. Tottenham nie był w stanie niczym zaskoczyć MC. W drugiej połowie gospodarze podwyższyli wynik dopiero w 70. minucie – De Bruyne sprintem zgubił Trippiera i strzelił w długi róg. Trochę lepiej mógł się zachować Lloris, który poza tym był najlepszym graczek gości i uchronił ich przynajmniej przed dwoma bramkami. W 76. minucie belgijski rozgrywający był faulowany na polu karnym, ale nie wykorzystał tego Juan Jesus, który strzelił w słupek. Brazylijczyk zastąpił wcześniej Agüero, który był niewidoczny. W 80. minucie było 3:0 – po akcji De Bruyne’a z Gündoganem i strzale Sterlinga. Anglik strzelił też czwartego gola – po katastrofalnym błędzie Diera. Wynik ustalił w doliczonym czasie Eriksen, strzelając pięknie po ziemi z 18 metrów.

Wygląda na to, że jeśli chce myśleć o miejscu w czołowej czwórce, trener Pochettino musi uruchomić rezerwy. Nie są one tak silne jak w MC, ale na przykład w tym meczu na ławce siedzieli tacy gracze jak Lamela, Aurier, Davies, Sissoko, Llorente. Na pewno Argentyńczyk musi znaleźć jakiś sposób na poprawienie formy swojego zespołu, bo jeśli to się nie stanie, zostanie zwolniony po sezonie – mimo świetnej dotychczasowej pracy i zapewnień o długoterminowych planach.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: