Saint-Étienne – Monaco 0:4

Drużyna gospodarzy jest w głębokim kryzysie i było to widać gołym okiem w tym meczu. Niby walczyła, ale bramki tracił w idiotyczny sposób i nie potrafiła stworzyć zagrożenia pod bramką przeciwników. Monaco, które ostatnio też nie gra rewelacyjnie, nie musiało się zbytnio wysilić by strzelić cztery gole przy niemal pustych trybunach stadionu im. Geoffroy Guicharda,

Wobec licznych kontuzji i serii fatalnych wyników, trener Sablé posłał na boisko jednego nastolatka a kilku innym piłkarzom zmienił domyślne pozycje. W wyjściowym składzie gości zabrakło Tielemansa, Joveticia i Ghezzala. Poza nimi zagrali wszyscy kluczowi gracze, którzy jeszcze pozostali w klubie po letniej wyprzedaży. Pierwsze skrzypce grali Fabinho – który odzyskiwał piłki i rozpoczynał akcje – oraz Baldé, który pojawiał się na różnych pozycjach i posuwał grę do przodu, a także stwarzał sytuacje bramkowe. Lemar widoczny był tylko od czasu do czasu a Lopes – prawie w ogóle.

Mecz zaczął się golem Sidibe z 3. minuty. Obrońca dobił piłkę po złym strzale Baldé i interwencji Ruffiera. Kolejna bramka powinna była paść po kwadransie, ale Falcao i Lemar nie byli w stanie we dwóch pokonać bramkarza gospodarzy. Saint-Étienne oddało swój pierwszy strzał w 24. minucie – podczas gdy Monaco robiło to już 11 razy. Po kolejnych sześciu minutach na 0:2 podwyższył Lemar – wykorzystując serię nieporozumień obrońców ASSE. Obraz gry nie zmienił się już do końca meczu – gospodarze nie mieli planu na grę i zwykle tracili piłkę jeszcze na swojej połowie.

W 53. minucie miała miejsce sytuacja, która nie tylko przesądziła o wyniku, ale też zmniejszy szanse „zielonych” w następnych meczach. Fabinho dobił strzał Baldé będąc na spalonym, a sędzia uznał bramkę. Wykłócający się Ruffier dostał czerwoną kartkę i trener musiał zmienić zawodnika z pola na rezerwowego bramkarza. Ostatni gol padł w 61. minucie i strzelił go po podaniu Fabinho Balde. Piłkę w idiotyczny sposób stracił w tej sytuacji Théophile-Catherine.

Przez cały mecz środkowi obrońcy gospodarzy byli o sekundę za przeciwnikami, myśleli i biegali za wolno. W środku pola panował chaos a jedynym graczem, który zasłużył na brawa był Cabella, który walczył wszędzie. Jedyny napastnik, Diony, był niemiłosiernie wygwizdywany przez własnych kibiców, a po czerwonej kartce dla Ruffiera, z sędziami chciał się bić jeden z prezesów. Dopełniło to tylko obrazu zupełnej dezorganizacji, która może doprowadzić ten zasłużony klub do spadku. Monaco nawet zbytnio się nie zmęczyło – i polepszyło swój bilans bramkowy.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: