Manchester United – Manchester City 1:6

Pierwszy raz od 1996 Manchester United stracił 6 bramek – w efekcie fantastycznej gry odwiecznych rywali z tego miasta, dowodzonych przez małego generała – Davida Silvę. Gospodarze nie mają niczego na usprawiedliwienie porażki, a gościom nikt nie może powiedzieć, że nie zasłużyli. Jeśli ktoś wątpił, że Mancini buduje za petrodolary wielką drużynę, dostał właśnie potwierdzenie.

Przed meczem dziennikarze zastanawiali się przede wszystkim czy MC przyjedzie na derby “murować”. Co prawda przez pierwsze 5 minut musieli się bronić, ale po nich spotkanie się wyrównało. Goście tworzyli w środku pola bardzo pewną zaporę dla ataków MU, po przejęciu piłkę dostawał Silva, który zwykle zgrywał na skrzydło do Milnera – chyba że było miejsce na prostopadle podanie. Właśnie po takiej akcji padł gol w 22. minucie – Anglik zagrał po ziemi w tył, a Balotelli idealnie puścił piłkę w prawy róg. Napis “Why always me?” na jego koszulce kibice zapamiętają na długo.

Zespół Manciniego po zdobyciu gola nie koncentrował się wyłącznie na obronie, ale kontrolował grę w środku pola. MC nie grał ostrego pressingu – raczej ustawiał dwie linie swoich piłkarzy tam, gdzie powinni być. Jedenastka Fergusona przycisnęła dopiero w końcówce – przez ostatnie 5 minut stworzyła sobie kilka dobrych okazji bramkowych, a najlepszej nie wykorzystał Evans – strzelając z 5 metrów nad bramką. Nie zmienia to jednak wrażenia, że przez większą część pierwszej połowy niewidoczni byli Young, Nani i Rooney.

Zaledwie dwie minuty po wznowieniu gry Evans zakończył swój udział w meczu. Balotellemu udało się go wyprzedzić w walce o prostopadłą piłkę, a obrońca MU faulował – i zasłużenie dostał czerwoną kartkę. Rzutu wolnego z linii Balotelli nie wykorzystał, ale był to chyba decydujący moment meczu. Pomocnicy MU zaczęli popełniać wiele błędów, niecelnie podawali i choć między 50. a 60. minutą stworzyli przewagę, zakończyła się ona golem dla MC. Silva zakręcił Evrą na polu karnym, zgrał na bok do Milnera, a jego płaską centrę z bliska wykorzystał Balotelli. Scenariusz identyczny jak w 22. minucie.

MC nadal grał spokojnie, nie forsował tempa, ale już po 3 minutach wygrywał 3:0 – po centrze z prawej Richardsa i strzale Agüero. W obronie MU widać było coraz większe luki i goście wykorzystywali je bez litości. Co prawda Ferguson posłał na boisko: Hernandeza, Jonesa, ale jego zespół zmniejszył stratę tylko na 1:3, zresztą po fantastycznym strzale Fletchera. W końcówce dwie bramki strzelił rezerwowy Džeko, a jedną – Silva. Goście mogli wygrać wyżej, ale i tak będzie to najczarniejszy dzień w historii United od wielu lat. Brawa należą się nie tylko ofensywnym gwiazdom MC: kibice powinni pamiętać o Barrym, Touré, Kompanym, Lescottcie, Clichym i Richardsie. To dzięki nim piłkarze Fergusona nie byli sobą.

Zespół Manciniego pokazał na boisku cechy, które charakteryzują mistrzów: pewność siebie, grę zespołową (w obronie i ataku), perfekcję techniczną, błyskawiczne i właściwe decyzje. Ich przeciwnicy nie wyglądali jak mistrzowie, ale na pewno nie poddadzą się w walce do końca sezonu. Tylko czy utrzymają wiarę we własne szanse w rywalizacji z angielskimi “galacticos”?

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: