Tottenham – Arsenal 2:1

Na ten moment czekali fani Tottenhamu od jedenastu lat. Ich zespół w końcu pokonał znienawidzony Arsenal – i to zupełnie zasłużenie. Tym samym odebrał większości kibiców gości nadzieję na mistrzostwo i sam przesunął się na czwarte miejsce w tabeli. Sam poziom meczu może nie był zbyt wysoki, ale gospodarze imponowali.

Przede wszystkim można to powiedzieć o ich grze obronnej. Na pierwszy rzut oka pomoc, w której są: Bale, Modrić, Huddlestone i Rose, powinna być dziurawa, ale zespół Redknappa udowodnił we środę, że niekoniecznie. Bardzo solidnie zapracowali na to obaj środkowi. Huddlestone skoncentrował się na defensywie i tylko od czasu do czasu próbował długiego podania, ale wrażenie robiło szczególnie zaangażowanie Chorwata w odzyskiwanie piłki. Oczywiście poza tym, jak zwykle był on siłą popychającą akcje Tottenhamu w kierunku bramki przeciwników.

Arsenal bardzo słabo radził sobie z rozgrywaniem piłki – mimo że zwykle jest to traktowane jako najważniejsza umiejętność tej drużyny. Gospodarze bardzo agresywnie naciskali każdego, kto miał piłkę przy nodze, a Denilson i Abou Diaby nie potrafili mijać rywali jak kontuzjowany Fabregas. Słabo wychodziło im także granie prostopadłych piłek – dzięki świetnemu kryciu Dawsona i Kinga. Rosicky, Nasri i Eboue nie potrafili w tym pomóc i Bendtner, by oddać strzał, musiał się często wycofywać.

Tottenham próbował kontrataków, szczególnie że prowadził już od 10. minuty, po strzale z 20 metrów Rose’a. Winę za tego gola ponosi Almunia, który po wypiąstkowaniu dośrodkowania, nie wrócił do bramki. Obie drużyny grały ostro, często stosując wślizgi i jedną z ofiar tego stylu gry stał się Vermaelen, najważniejszy w tym roku obrońca Wengera. Już po minucie drugiej połowy było 2:0, a gola strzelił Bale, wykorzystując gapiostwo Silvestre’a, po podaniu Defoe. Arsenal w środku pola wymieniał podania rozsądnie, ale już na pole karne nie był w stanie przenieść swoich akcji. Jedną z niewielu dobrych okazji na gola zmarnował w 66. minucie Bendtner, a trafił dopiero w doliczonym czasie gry – po akcji wracającego Van Persiego i podaniu Walcotta.

Kibice Tottenhamu mogą się tylko cieszyć i mieć nadzieję, ze ich piłkarze potwierdzą formę meczami z Chelsea i MU. Pamiętając tak wiele “głupich” porażek, szacunek budzi solidność tego zespołu w defensywie. Wymienia on znacznie mniej podań niż przeciwnicy (w tym meczu: 241:555!), a mimo to kontroluje grę. Harry Rednkapp znów ma okazję błyszczeć w telewizji i słyszeć swoje nazwisko z trybun – w otoczeniu pozytywnych opinii. Jeśli zajmie 4. miejsce na koniec sezonu, pobije osiągnięcia Martina Jola i ustanowi rekord “Kogutów” w Premier League.

Podobne mecze:

Komentarze do tego wpisu: